Muzyka

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Incredible cz. 5

Kellin nie odzywał się przez kolejne dni. Kilka razy dziennie spoglądałam przez okno łudząc się, że go ujrzę. Jednak ten wyczekiwany przeze mnie moment nie nastąpił. Czyżby był zazdrosny? Nieee.. To raczej było niemożliwe. Po pierwsze ewidentnie nie był mną zainteresowany, po drugie słyszałam pogłoski, że jedyne dziewczyny, które u niego bywały nie grały roli na dłuższą metę, były kolejną zdobyczą, a ja nie chciałam być jedną z nich.  Jedynym znajomym, który mi pozostał był Patt. Widywałam się z nim kilka razy dziennie. Był on jedyną osobą, która mną się interesowała. Nawet babcia zaczęła rzadziej dzwonić a z czasem w ogóle przestała dawać znaki życia, od czasu do czasu wysyła tylko kolejne SMS, że jej pobyt się przedłuży. Kellina nie widywałam już prawie drugi miesiąc, przyznam, że brakowało mi jego docinek.Zazwyczaj nasze spotkania polegały na szwędaniu się po mieście i opowiadania historyjek przez Pattrica. Aż do pewnego razu...
- Hej Calry!- wystraszył mnie, gdy siedziałam u siebie w pokoju.
- Cześć Patt.- uśmiechnęłam się- Jakieś konkretne plany na dziś?
 - Mam pewien pomysł.- uniósł brew do góry i podszedł bliżej- zamknij oczy i skrzyżuj ręce z tyłu.-nie zastanawiając się dłużej, wykonałam polecenie.

- Czy to jakaś twoja kolejna głupia gra typu "uwolnij się".
- Niezupełnie- zaśmiał się.- A teraz wstań, możesz otworzyć oczy jeżeli chcesz.
- Jeszcze jakieś życzenia?- zaśmiałam się.
- Tak. Nie krzycz.- odpowiedział chłodno.
- Czemu miałabym...- zaczęłam i chwilę później moja twarz wgnieciona była w poduszkę.
- Widzisz..- kontynuował, kiedy rozdzierał tylnią część mojej bluzki- Nasze pierwsze spotkanie było przypadkowe, jednak gdy zaczęłaś szukać informacji o tej mieścinie zrobiło się to dla mnie podejrzane, tym bardziej kiedy zobaczyłem, że kręci się wokół Ciebie ten kundel.  Na początku chciałem mu po prostu zrobić na złość i dlatego zacząłem się do Ciebie przystawiać.
- Nic tym nie zyskałeś. Kellin i ja nawet nie rozmawiamy ze sobą.- wycedziłam przez zęby- poza tym  zniknął.
- Tak, zauważyłem. Pewnie wyjechał ostrzec swoich znajomych w dalszym mieście, które było moim celem...
- Więc dlaczego tu jesteś?
- Przerywanie komuś jest niekulturalne Clary, czyżby nikt Cię nie uświadomił?- do mych uszu doszedł dźwięk rozpinanej torby.- Jestem tu przez Ciebie.
- Przeze mnie? Przecież nawet nie wiedziałam o Twoim istnieniu!- wybełkotałam.
- Szczerze mówiąc ja o Twoim też nie. Jednak gdy Cię spotkałem poczułem od Ciebie znajomą energię, może jesteś tego nieświadoma więc pozwól, że od razu sprostuję, Clary Black jesteś czarownicą, dokładnie taką samą jak twoja babka.
- Moja babcia?- wstrzymałam oddech.
- Tak, co prawda nie mam pojęcia, dlaczego sama uciekła zostawiając Cię tutaj. Przecież wiedziała.... Chwila...- rozległ się głos wyciąganego ostrza- Tommy Black został adoptowany przez nią, twoja matka jest zwykłym człowiekiem, więc Tommy był czarodziejem a Samantha nie miała o tym pojęcia... To dlatego jesteś tutaj a ona w kryjówce..
- Jeżeli moja babcia jest wiedźmą to raczej powinieneś się zacząć bać jej mocy, nieprawdaż?
- Widzisz Clary, twoja babka zrzekła się mocy, bo chciała aby jej rodzina była zwykłymi śmiertelnikami. Chciała ocalić przed łowcami zarówno swoje dzieci, wnuki jak i dalsze pokolenia.
Jednak nie przypuszczała, że jej adoptowany syn mógł mieć w sobie magię. A to ci pech.- zaśmiał się- Wracając do Ciebie moja droga, musiałem zdobyć jakoś twoje zaufanie, bym mógł przekonać się czy naprawdę jesteś wiedźmą. Postanowiłem się do Ciebie zbliżyć, na co tak łatwo mi pozwoliłaś, a wyjazd Kellina tylko uprościł moje zadanie.
- Kim Ty jesteś do cholery?!- warknęłam.
- Jestem Łowcą Czarownic, twoim zbawieniem. - przycisnął mnie bardziej do materaca. Chwilę późnej poczułam rozdzierający ból na plecach.- Zrobię Ci delikatne nacięcie, uwolnię Cię od tej klątwy, będziesz normalna, przynajmniej przez kilka godzin zanim umrzesz.- zaśmiał się.
- Dlaczego mi to robisz?!- krzyczałam w poduszkę dławiąc się łzami. Ostrze przesuwało się wzdłuż mych pleców rozdzierając skórę, dając wrażenie jakby palił ją żywy ogień.
- Takie jest moje powołanie. Nie miej mi tego za złe. Naprawdę Cię polubiłem - stwierdził z ironią. Nałożył lepką maź na otwartą ranę, po której czułam się jakby uchodziło ze mnie życie.- Dla pocieszenia mogę Ci powiedzieć, że zdarzają się przypadki, gdy młoda czarownica przeżywa ten rytuał. Więc nie wszystko jeszcze stracone, może umówimy się w późniejszym czasie na drinka.
- Jesteś chory! Kellin..- powiedziałam osłabiona.
- Jak już zauważyłaś Kellina tutaj nie ma. Więc umrzesz, co jest bardzo prawdopodobne w samotności.- zszedł ze mnie.- aa i nie próbuj żadnych tych  swoich czary mary, bo to tylko przyspieszy proces, nie zadziała a rana i tak się nie zagoi.- powiedział po czym wyszedł.
Byłam jeszcze na tyle silna, że postanowiłam się uwolnić. Palcami wyszukiwałam supła sznura. Gdy go znalazłam, z małym problemem go rozwiązałam. Podniosłam się na równe nogi. Podeszłam do lustra by sprawdzić co zrobił ze mną Pattric.
Czarna bluzka trzymała się na kilu centymetrach przy karku i dołu pleców, gdzie kończyła się rana, która była głęboka i wygladała obrzydliwie. Krew spływała z niej strumykami mieszając się z czarną mazią pokrywająca rozcięcie.
Na wpółprzytomna zeszłam schodami do salonu, po telefon. Pragnęłam tylko usłyszeć głos babci, chciałam go usłyszeć po raz ostatni, jednak po nieudanej próbie odpowiedziała mi SMS, że nie może rozmawiać. Zrezygnowana zasiadłam w fotelu uważając na plecy i cieszyłam się swoimi ostatnimi chwilami.





Gdy nastał wieczór, zaczęło się prawdziwe piekło. Rana zaczęła czerwienieć i robić się gorąca a z czasem zaczęła syczeć i palić skórę wokół siebie. Kolejnym bonusem była gorączka i poty, które zaczęły skraplać się na całym ciele towarzyszące nasilającemu się osłabieniu.
Kiedy dochodziła 22:00 rozległ się dzwonek do drzwi.
-Ktoż byłby moim ostatnim gościem? -zaśmiałam się przez łzy. Jednak miałam ochotę spędzić te chwile w samotności i postanowiłam nie otwierać.
Mijały kolejne minuty a natarczywy gość wciąż dobijał się do drzwi, aż w końcu postanowił się odezwać.
-Clary to ja.- usłyszałam znajomy głos jednak nie od razu go rozpoznałam.- przepraszam za moje ostatnie zachowanie, głupio wyszło. Nie powinienem wybierać Ci znajomych ale chcę żebyś wiedziała, że Pattric nie jest dobrą osobą.- mówił przez nie.
Ostatkiem sił podniosłam się z miejsca i mozolnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi.
-Głupio wyszło, wiem.- powiedział, kiedy trzymałam już klamkę.
-Wyjechałeś- szepnęłam, co sprawiło mi ogromną trudność, jednak wiedziałam, że Kellin usłyszał- nie odezwałeś się ani razu, zostawiłeś mnie z nim wiedząc kim jest.
-Clary o czym Ty mówisz?- zapytał zdenerwowany. Otworzyłam drzwi.
-O Łowcy Czarownic- szepnęłam.
-Cholera!- zrobił się bledszy ode mnie.Spojrzał na mnie tymi swoimi ciemnymi jak smoła oczyma.
-Cholera to bardzo adekwatne słowo co do sytuacji.- uśmiechnęłam się.
-Czy on..
-Myślisz o tym?- odwróciłam się do niego plecami.

-Zabiję skurwysyna!- tryskała z niego wsciekłość, gotowy był odwrocić się i go znaleźć jednak ja wolałam, żeby został.
-Czy chciałbyś zostać moim towarzyszem do końca nocy? Mojej ostaniej, tak mi się wydaje.-zdobyłam się na uśmiech.
-O czym Ty mówisz?-zapytał przerażony. Wziął mnie delikatnie na ręce i ruszył w stronę sofy. Usiadł na niej a ja pozostawałam na nim siedząc okrakiem i wtulając głowę w jego ramię.

-Chyba wiesz jak to działa.
-Tak ale jest szansa, że..- zaczął.
-Że przeżyję? Kellin ledwo co mogę mowić, ja już czuję, że odpływam.
-Clary przepraszam, gdybym Ci powiedział, gdybym nie wyjechał.
-To nie twoja wina, przecież mnie ostrzegałeś.- oparłam dłonie o jego pierś i odsunęłam się, bo spojrzeć mu w oczy.- obiecaj mi, że go powstrzymasz przed dalszym działaniem.
-Clary, proszę nie...- jego oczy wypełniły się łzami.

-Obiecaj...
-Obiecuję.
-Jestem strasznie zmęczona..-opadłam na jego tors.
-Wytrzymaj proszę..-zacisnął szczękę.
-Muszę się tylko chwilę przespać i będzie dobrze- składałam.
-Nie zasypiaj-usłyszałam- Clary otwórz oczy, błagam Cię.-poczułam jego ciepłe dłonie na mojej twarzy-Clary, proszę!
Zrobiło mi się ciepło. W ciemnej otchłani zauważyłam babcię. Szła w moją stronę.

-Clarisso-szepnęła.
-Babciu co się dzieje? Dlaczego nie odbierałaś? Gdzie jesteś?
-Czy on Ci coś zrobił?
-Wiedziałaś ze byłam taka jak Ty?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
-Kochanie, gdybym wiedziała nigdy bym Cię nie zostawiła, przepraszam. Przepraszam, ze byłam tak lekkomyślna. Podejrzewałam, ze Tommy był inny, że posiadał magię lecz to zlekceważyłam. Nie powinnam była. A teraz moja wnuczka umiera i to przeze mnie- łzy spływałaby po jej policzkach.
-Jeżeli ja umieram, to dlaczego Cię widzę.- w geście uniosła tylko ramiona.-Babciu nie... Proszę powiedz mi, ze to się nie dzieje naprawdę.
-Umarłam.- to słowo rozległo się w mojej głowie niczym echo. - ale obiecuję Ci, że Ty przeżyjesz.
-Dlaczego? Ja nie chcę.. Być znowu sama- rzucałam między płaczem.
-Nie jesteś sama. Masz Kellina, to dobry chłopak, tylko samotny i trochę zagubiony. Możesz mu zaufać.
Poczułam jak wszystko się trzęsie.
-Co się dzieje?
-Wracasz do świata żywych. Powstrzymajcie łowcę. Nie może dalej zabijać.
-Babciu nie!
-Gdy będziesz chciała się ze mną skontaktować wystarczy, że o tym pomyślisz. Musisz uaktywnić swoją magię za wszelką cenę.
-Ale ja już jej nie mam!
-Clary twój ojciec to Troy, Troy Royals. Najpotężniejszy czarodziej czarnej magii, która wraz z jego śmiercią przeszła na Ciebie.
Biały strumień światła rozbłysnął pochłaniając całą ciemność.

-Clary...-otworzyłam oczy.
-Kellin..- powiedziałam niemal bezgłośnie.


-Myślałem..
-Że tak łatwo się mnie pozbędziesz?-zaśmiałam się wciąż siedząc na nim.
-Twoje plecy się zregenerowały.- rzeczywiście, nie czułam już bólu. Podeszłam do lustra i ujrzałam bliznę przebiegającą wzdłuż kręgosłupa. Plecy miałam czyste, Kellin musiał je obmyć. Dopiero teraz zorientowałam się, że jestem bez koszulki, w samym staniku.
-Prawie wykitowałam a Ty już mnie rozbierasz?- uniosłem brew.
-Ja tylko chciałem... Dlaczego mi nie powiedziałaś, że byłaś czarownicą?- zapytał oskarżycielskim tonem- wtedy wszystko byłoby inaczej.
-Wyjechałeś.-przypomniałam zakładając luźną koszulkę.-zaczekaj tu chwilę.- powiedziałam, po czym pobiegłam do swojego pokoju i wyciągnęłam ze skrytki księgę.
Gdy wróciłam do salonu Kellin stał wpatrując się w płomień kominka.
Zatrzymałam się aby przez chwilę móc mu się przyjrzeć. Przez ten miesiąc zdołał nieźle przybrać mięśni, które napinały się pod jego obcisłą koszulką. Na jego twarzy można było dostrzec delikatny zarost, z którym wyglądał bardzo pociągająco. Ciekawe jakby wyglądał bez koszulki...
-Czy zawsze twoje serce tak mocno dudni czy wyobrażasz sobie jakieś erotyczne sceny ze mną w roli głównej.- uśmiechnął się i podszedł do mnie.
-Nie pozwalaj sobie- oblałam się rumieńcem.
-Czyżbym Cię zawstydził- musnął dłonią mój policzek.
-Za wysoko się oceniasz.
Kiedy jego usta znajdowały się kilka centymetrów od moich rozległo się pukanie do drzwi.
-Powinnam otworzyć- odsunęłam się.
-Czy jest tutaj Kellin? Powiedział, że musi iść przekazać coś sąsiadce i nie ma go już od dwóch godzin.- przed moimi oczami stanęła blond niunia w różowych ciuszkach i kilogramem makijażu. Spojrzałam na Kellina, który pospiesznie ruszył w naszą stronę.
Tak, rzeczywiście mogłam mu ufać. Kiedy stanął przy barbie, spojrzał na mnie a potem przeniósł
wzrok na księgę, którą trzymałam w prawej ręce.
-Przyjdę za chwilę-powiedział do dziewczyny.
-Ale Kell czekam już na ciebie od kilku godzin, poza tym mam dla Ciebie miłą niespodziankę jeśli wiesz co mam na myśli.- złapała go za tyłek.
-Tak Kell-rzuciłam drwiąco- myślę, że ona ma rację. Powinieneś już iść, najlepiej będzie jeżeli przestaniesz tu przychodzić. To niegrzeczne wobec twojej dziewczyny.
-O dzięks. Fajowsko, że zrozumiałaś.

-Clary- chciał coś powiedzieć lecz w porę zdążyłam zatrzasnąć drzwi.
-Dzięks- skrzywiłam się- nie chcę Cię widzieć- warknęłam wiedząc, że zdoła to jeszcze usłyszeć.- Kell.
Poszłam do swojego pokoju, musiałam wiedzieć więcej. Jedyną pomocną osobą była w tej sytuacji babcia Samantha.
-Babciu, potrzebuję Cię!-zacisnęłam oczy- naprawdę Cię potrzebuję. Musisz mi pomóc.
-Znajdź jezioro w głębi lasu, obok niego leży przewrócony pień, dziesięć kroków dalej
Znajdują się dwa wielkie głazy i jeden mniejszy. Wystarczy, że przesuniesz mniejszy. Tam znajdziesz odpowiedzi. Pospiesz się.- usłyszałam głos babci.
-Co tam jest? Jak to znajdę?- niestety nic więcej nie usłyszałam.- Pospiesz się-powiedziałam sama do siebie po czym zerwałam się z łóżka, wciągnęłam przez głowę bluzę. Spojrzałam jeszcze przez okno. Kellin stał w swoim i uważnie mi się przyglądał jakby próbował dowiedzieć się co zamierzam. Chwilę pózniej pojawiła się przy nim blond barbie łapiąc go za ramiona i podciągając do góry koszulkę. Spojrzałam na niego z pogardą i wybiegłam z domu.
Ciemny las, odgłosy zwierząt, obawa przed Pattem górowały nad moim spokojem. Jednak nie mogłam się poddać, liczył się czas, choć nie wiem dlaczego. Wiedziałam tylko, że aby znaleźć odpowiedzi muszę dostać się do wyznaczonego miejsca. Przez godzinę błąkałam się po lesie, szukając jeziora, do którego przypadkowo kiedyś dotarłam. W końcu poczułam nawiew orzeźwiającego powietrza, to musiało być tam. Kierowałam się orzeźwiającym wietrzykiem aż dotarłam do jeziora. Rozejrzałam się za przewalonym drzewem, znajdował się po mojej prawej stronie. Postąpiłam zgonie ze wskazówkami, które doprowadziły mnie do głazów. Nogą przesunęłam w lewo mały kamień, dzięki czemu dwa ogromne rozsunęły się ukazując wejście do ciemnej jaskini. Wzięłam jedną z pochodni znajdujących się na ścianie i oświetliłam nią pomieszczenie. Przyglądałam się wnętrzu, które wypełnione było głownie starymi księgami. Na środku stał stary skórzany fotel a naprzeciwko niego stół z jakimiś ziołami. Weszłam głębiej by móc lepiej się wszystkiemu przyjrzeć.
-Clarisso- usłyszałam ciepły, znajomy mi głos za plecami.
-Tata?-łzy wypełniały moje oczy, odwracając się spostrzegłam wysokiego bruneta z lekkim zarostem o zielonych oczach. Stał patrząc na mnie i uśmiechał się delikatnie. Podeszłam bliżej, chciała go przytulić, dotknąć lecz gdy wyciągnęłam rękę odsunął się.

-Jestem duchem, skarbie.
-Tato, to nie ma znaczenia, jesteś tu- mówiłam ocierając łzy.
-Moja córeczka, moja piękna, dojrzała córka.
-Pomóż mi, proszę, musisz mi pomóc.
-Clarisso, nie mogę. Żyjesz w normalnym świecie, nie mogę zaburzyć twojej rzeczywistości.
-Jeżeli chcesz powiedzieć, że mieszkanie obok wilka, prawda o tym kim się naprawdę jest, porzucenie przez matkę, smierć babci Samanthy, spotkanie łowcy czarownic, chwilowa smierć i przeżycie jakiego rytuału jest normalnym światem no to pozostaje mi tylko złożyć gratulacje i owacje na stojąco.
-Uparta jak ... Zaraz... Została Ci odebrana moc?
-Dokładnie tak. A teraz muszę powstrzymać Łowcę przed kolejnymi działaniami.
-Niedobrze, bardzo niedobrze.
-Powiedz mi jak uaktywnić w sobie czarną magię?
-Clarisso, nie możesz tego zrobić- przetarł dłonią czoło.- To Cię pochłonie, będziesz chciała tylko więcej i więcej aż skończy się na przywoływaniu demonów. Miałaś w sobie magię mojej matki Annet Welles, była ona silna lecz czysta oraz po moim ojcu i mnie Royalósw. Od setek lat nie słyszano o takim przypadku. Kiedy uaktywnisz magię Royalósw, czysta magia Wellesów zamieni czarną podwajając twoją siłę i zdolności. Jedyną osobą dorównującą Ci będzie Joahim Royals, mój brat, który będzie chciał Cię zabić.
-Dlaczego miałby to zrobić?
-Istnieje grupa nadprzyrodzonych, która kontroluje życie nadnaturalnych. Taka czarownica jak Ty byłaby ogromnym zagrożeniem dla naszego świta. Musieliby Cię wyeliminować.
-Dam sobie radę, nie będę się wychylać.- nalegałam.
-Skarbie, wystarczy, że ktoś z czarowników, wilków, wampirów spostrzeże twoje umiejętności doniesie o tym Casado. Nie bedą mieli problemu z wytropieniem Cię.
-Skąd to wiesz?
-Bo właśnie w ten sposób zginąłem.
-Jak to?- przeraziłam się.- twój własny brat Cię zabił?
-Nie chciałem się do nich przyłączyć, nie wiedział, że noszę inne nazwisko, bo zostałem adoptowany.
-To go nie usprawiedliwia.
-Nie mogę skazać Cię na smierć.
-Nie zrobisz tego, proszę Cię jedynie o pomoc, bym mogła znaleźć i powstrzymać Pattrica, zabójcę babci Samanthy jak i prawie mojego.
-Pattric Wood zabił Samanthę? Pozbawił Cię magii?
-Tak, jest łowcą.
-Wrócił, by pomścić ojca zajmując jego miejsce...Wybije wszystkich czarowników..
-Dlatego musisz mi pomóc.
-Ktoś nadchodzi, przesuń kamień na miejsce. Wróć tu jutro z rana a otrzymasz to czego chcesz.
-Kocham Cię tato.
-Ja Ciebie też kocham, Clarisso.- powiedział po czym zniknął gasząc pochodnię.
Postąpiłam zgodnie z nakazem ojca. Wychodząc na zewnątrz ogarnął mnie chłód nocnego lasu. Rozejrzałam się dookoła jednak nikogo nie zauważyłam. Ruszyłam więc przed siebie nie za bardzo wiedząc, w którym kierunku się udać aż w końcu się zgubiłam.
-W czymś pomóc?- z ciemności wyłonił się Kellin.

-Nie, dziękuję. Dam sobie radę.-usiadłam, żeby odpocząć- Gdzie Ken zgubił swoją barbie? Mówiłam Ci, że nie powinniśmy się widywać.
-Nie zawsze robię to co powinienem.
-Zupełnie Cię nie rozumiem.. - zaczęłam.
-Ja za to nie rozumiem dlaczego o północy włóczysz się po lesie.
-Pilnuj swojego nosa i dupy swojej dziewczyny- zadrwiłam.
-Ona nie jest moją dziewczyną.
-Ahh. No tak, wybacz, kolejnej przygody. Zaliczone, można odhaczyć.
-Nie powinnaś wierzyć we wszystko co usłyszysz.- mięśnie jego szczęki napięły się.
-Nie zawsze robię to co powinnam.
-Moje własne słowa użyte przeciw mnie. Ałć, to boli.
-Łącze się w żalu.
-Lubię, kiedy jesteś zazdrosna.
-Ja zazdrosna? Nie pochlebiaj sobie.
-Clary, przestań- kucnął przy mnie.- Przecież wiem, że Cię pociągam.
-Ani trochę- skłamałam czując jak buzują we mnie hormony.
-Potrafię wyczuć ludzkie emocje bardziej niż zwykły śmiertelny.
-Tak, więc co teraz czuję?
-Jesteś podniecona. Najchętniej zdarłabyś ze mnie ubranie i wtopiła się w moje soczyste usta.- cóż nie powiem, że tu musiałam przyznać mu rację. Lecz ciągle przed oczami miałam tą blond niunię.
-Twoje zmysły Cię zawodzą. A teraz byłabym wdzięczna gdybyś w czymś mi pomógł.
-Mam się rozebrać?- uśmiechnął się nonszalancko.
-Powiedz mi proszę, którędy dojdę do domu?
-Co dostanę w zamian?-podał mi rękę, pomagając mi wstać.
-Na kawę za późno.
-Na drinka w sam raz.
-Niech będzie.


-Za mną proszę-podał mi dłoń, niepewnie na nią spojrzałam.-Mam lepszy wzrok od Ciebie,  nie chciałbym żebyś straciła przednie zęby.- ujęłam ją.

piątek, 18 marca 2016

Strona!

Żeybyście mogli być na bieżąco specjalnie dla Was utworzyłem stronę na Facebooku! Zapraszam na
 https://www.facebook.com/The-World-of-Fantasy-1695817160674717/?ref=ts&fref=ts
Zostawcie łapkę w górę! :) :*

środa, 17 lutego 2016

Incredible cz. 4

Kilkukrotnie lustrowałam wzrokiem pierwszą kartkę księgi. Widniały na niej stare zapiski, w które dogłębnie się wczytałam. Mówiły one o genezie rodziny Royals'ów, jednego z najpotężniejszych rodów czarnoksiężników. Wywnioskowałam z tej całej bełkotaniny, że każdy z nich posiadał w sobie ukrytą magię, która ujawniała się, gdy tylko byli na nią gotowi. Na kolejnych stronach pojawiały się porady jak opanować swą magię. Chcąc jak najwięcej dowiedzieć się na ten temat szybko przerzuciłam stronę lecz moim oczom ukazały się strzępy pozostawione po wyrwanej kartce a na kolejnych były już tylko przepisy na przeróżne eliksiry. Nie mogłam pojąć jednego, dlaczego księga ojca skupiała się na Royals'ach skoro on sam był z rodu Black'ów?  I kolejne pytanie, do czego było mu to wszystko potrzebne? Sam musiałby być czarnoksiężnikiem... To wszystko brzmi jak jeden wielki żart. Ale w takim razie czy sytuacja w lesie, nagrzanie klamki, zatrzaśnięcie się drzwi były tylko wytworem mojej wyobraźni? Czy to właśnie ona płata mi figle? Przecież to wszystko można logicznie wytłumaczyć. Słońce nagrzało zewnętrzną stronę klamki a drzwi zatrzasnęły się na skutek przeciągu. A co z zamarzniętym pniem, który po chwili juz nim nie był? Postanowiłam, że muszę zachować to w sekrecie, w innym wypadku ludzie uznają mnie za wariatkę i skończę w wariatkowie.
Postanowiłam, że wybiorę się jutro do biblioteki, może tam znajdę coś przydatnego. Z zamyślenia wyrwał mnie cichy stukot w okno. Spojrzałam w jego stronę lecz nikogo w nim nie było, no cóż, raczej nikt nie zapukałby w szybę znajdującą się na piętrze. Podeszłam bliżej i zerknęłam ku dołowi. Stał tam nie kto inny jak Kellin trzymający w garści małe kamyczki. Chwyciłam za ramę okna i podciągnęłam je do góry.

- Czego chcesz?- szepnęłam. Wiedziałam, że mimo to mnie usłyszał.
- Pogadać -stwierdził.
- Znalazłeś sobie idealną porę na pogawędki.- stwierdziłam, gdy do moich uszu dobiegł dźwięk zegara z salonu wybijającego północ.
- Odsuń się.
- O co ci chodzi?- mimowolnie wykonałam polecenie. Nim zdążyłam otworzyć usta, by dać mu reprymęde za nękanie mnie po nocach, Kellin stał już obok mnie.- Jak  to. Nie zdążyłaś się jeszcze o tym przekonać?
- Jeszcze raz nazwij mnie jakąś kreaturą- podeszłam bliżej niego- a wybiję ci zęby.
- Z tym akurat będzie problem- pochylił się- mam bardzo mocną szczękę- jego miętowy oddech odbijał się od mej porcelanowej skóry. Przyłapałam się na tym, że przez chwilę czekałam na jakiś jego ruch lecz zacisnęłam powieki i wróciłam do rzeczywistości odsuwając się od niego na bezpieczną odległość.
- Skończ już z tą głupią gadką. Nie potrafię się zmieniać, nie mam wyostrzonego słuchu ani nie potrafię skakać na taką odległość- wskazałam w stronę okna.
- Nic z tego nie rozumiem. Widziałem jak twoje rany regenerują się zaledwie w ciągu kilkunastu sekund. To nawet szybciej niż u pospolitych... Wilków.
- No dobrze...- wzięłam długopis z biurka - zobaczmy.
- Co ty..- urwał, gdy zobaczył jak unoszę długopis w górę i celuję nim w moją otwartą dłoń.- Nie rób tego- w zadziwiającym czasie złapał moją rękę, która leciała już w dół.
- Chcę to zobaczyć- stwierdziłam i wbiłam długopis w środek dłoni i wrzasnęłam. Chwilę później wyciągnęłam przedmiot z krwawiącej już rany. Uniosłam dłoń do góry i przyglądałam się równie zaciekawiona jak i Kellin. Mijały sekundy, minuta, kolejne minuty i nic się nie działo.
- Nie rozumiem..- zmarszczył brwi.- przecież sam widziałem..
- Mówiłam.- wypomniałam mu, choć sama byłam zdziwiona brakiem regeneracji. Potwierdziły się tylko moje przypuszczenia. To wszystko mi się tylko wydawało. Może miałam jakieś rozdwojenie jaźni.
- Moja kolej- stwierdził i powtórzył moją czynność. Jednak jego rana natychmiastowo się zagoiła.
- Kellin, to wszystko bez sensu. Nie jestem jakaś wyjątkowa, jestem nastolatką z normalnymi problemami. Błagam cię, zrozum to w końcu.- spojrzałam w jego ciemne, prawie czarne oczy.
- Clary.. Ty coś ukrywasz, nie wiem, może potrafisz to kontrolować ale wiem, że nie jesteś normalna i dowiem się o co chodzi- zabrzmiało to jak ostrzeżenie a może bardziej groźba.

- Wynoś się- koniec uprzejmości, przesadził.
- Clary.
- Idź już! Jesteś jakimś świrem! - wrzasnęłam.
Wychodząc a raczej wyskakując spojrzał na księgę leżącą na łóżku.
- Skąd to masz?- jego oczy zabłysnęły.
- Co cię to obchodzi?!
- Pytałem skąd masz tą księgę- warknął.
- Z biblioteki idioto. Chyba tylko tam znajdują się stare książki. Wynocha powiedziałam!- wyskoczył przez okno a ja krzyknęłam za nim- i nie chcę cię tu juz nigdy widzieć!- zatrzasnęłam okno a szyba w  nim niebezpiecznie się zatrzęsła.
Pełna mieszanych uczuć przebrałam się w dres, odłożyłam książkę do skrytki i położyłam się do łóżka. Skoro Kellina tak zaciekawiła księga to musi coś o niej wiedzieć. A jeśli coś wie na jej temat to może mógłby mi pomóc. Nie.. To głupie!

-Wychodzę!- krzyknęłam i nie czekając na odpowiedź babci zamknęłam za sobą drzwi.
Pogoda była cudowna. Bezchmurne błękitne niebo, na którym spoczywało rażące słońce. Jego promienie oplatały moją twarz kończąc na ramionach. Z tego co słyszałam to takie poranki w Danvers są rzadkością, a szkoda.
-Witaj sąsiadko!- usłyszałam za plecami głos Kellina, który zignorowałam.- Gdzie to się wybieramy?-zapytał, gdy dotrzymał mi kroku. Lecz ja dalej szłam w milczeniu.- Clary chyba się nie gniewasz za wczoraj?- nie odpuszczał.

-Daj mi spokój.- zatrzymałam się na przystanku autobusowym.
-Zrozum, ja po prostu próbuję się tylko dowiedzieć...
-Nie interesuje mnie czego próbujesz. Mam już Ciebie dosyć! Ciągle za mną chodzisz, nie dajesz mi spokoju, doszukujesz się bezsensownych bzdur! Do tego jesteś aroganckim, egoistycznym...
-Przystojniakiem-wtrącił.
-Dupkiem!-syknęłam i wsiadłam do nadjeżdżającego autobusu.

W bibliotece nie było niczego przydatnego o Danvers. Same podstawowe informacje jak liczba mieszkańców czy powierzchnia miasta. Do głowy wpadł mi pewien pomysł.
-Przepraszam- zwróciłam się do bibliotekarki siedzącej za biurkiem- czy znajdę tu jakąś książkę o Salem?
-Rząd trzeci, regał drugi, środkowa półka.- odpowiedziała młoda kobieta o azjatyckiej urodzie.
-Dziękuję.
Podeszłam do wysokiego regału z książkami i już wiedziałam, że za nic nie dosięgnę do wyznaczonej półki lecz mimo tego podejmowałam próby, dopóki nie zauważyłam nad głową obcej ręki.
-Dzięku..- urwałam, gdy napotkałam spojrzenie błękitnych oczu.
-Nie ma za co- uśmiechnął się chłopak tym samym ukazując rząd śnieżnobiałych zębów. Blond grzywka opadła mu na czoło gdy wydał zduszony śmiech.- Jestem Patric Wood, Patt.- wyciągnął wolną dłoń.

-Clarissa Black, Clary- uścisnęłam ją.
-Więc Clary, co robisz w bibliotece w ten piękny sobotni poranek?
-Mogłabym zadać to samo pytanie.- usiadłam przy jednym ze stolików a Patt podążył za mną.
-Jednak ja byłem pierwszy.- uśmiechnął się. Wskazałam palcem na okładkę książki.- Salem? Dlaczego akurat to cię interesuje?- podparł brodę dłonią.
-Może dlatego, że to miasto wcześniej nosiło taką nazwę?- uniosłam brwi.
-Czego konkretnie szukasz? Może będę w stanie pomóc.
-Chciałabym dowiedzieć się czegoś o..
-Tutaj jesteś, wszędzie cię szukałem- wtrącił Kellin po czym surowo spojrzał na blondyna-  Musimy iść złapał mnie za nadgarstek.

-Kellin co ty..
-Idziemy- zarządził. Patt patrzył chłodno w naszą stronę- musisz uważać na to z kim się zadajesz.

-Mógłbym to samo powiedzieć o tobie.- odwarknął Patric.
-Przepraszam, muszę iść. Dokończymy innym razem- uśmiechnęłam się przepraszająco.
-Znajdę cię- odpowiedział tym samym i złożył pocałunek na wierzchu mojej dłoni, przez co Kellin szarpnął mnie w swoją stronę.

-O co ci chodzi?- zapytałam, gdy byliśmy już wystarczająco daleko.
-Nie możesz spotykać się z tym gościem.- powiedział ewidentne zły.
-Bo..? -uniosłam brwi a ręce złożyłam na piersi.
-Po prostu nie możesz!- wrzasnął. Nic nie mówiąc wyminęłam go i weszłam do pierwszego napotkanego sklepu.
Okazał się być on sklepikiem ze starymi antykami. Idąc Wolnym krokiem przyglądałam się każdej figurce, naszyjnikowi aż dotarłam do ksiąg.
-Szuka pani czegoś konkretnego?- zapytał starzec o długich włosach wplatającymi się w jego siwą brodę.
-W sumie to... Chciałabym dowiedzieć się czegoś o tym mieście. Z tym, że z dawną nazwą.
-Hmm..Salem.- przyjrzał mi się uważnie i poszedł na zaplecze. Gdy wrócił położył na ladzie dwie książki.- Wyczuwam bijącą od ciebie energię. Przyda ci się rownież ta książka- wskazał na brązową okładkę.
-Ile płacę?
-10$.- bez zastanowienia się, dlaczego cena jest tak niska wręczyłam sklepikarzowi banknot po czym włożyłam zakupy do torby i wyszłam. Zamykając za sobą drzwi wpadłam na kogoś. Podniosłam wzrok i ku mojej uldze nie był to Kellin.
-Łooo. Gdzie tak pędzisz?- złapał mnie za ramiona Patt.
-Spieszę się do domu.-odpowiedziałam.

-Chyba przede mną nie uciekasz?-uśmiechnął się.
-No coś ty.- powiedziałam szybciej niż było to potrzebne.
-Nie słuchaj tego aroganta- spojrzał w bok i zanim zdążyłam zrobić to samo jego usta spoczęły na moich. Stałam bez ruchu nie wiedząc co mam zrobić lecz po chwili otrzeźwiałam i szybko się odsunęłam. Nie to żeby mi się nie podobał, bo jest przystojny ale chyba za bardzo nachalny.

-Muszę już iść.- wyminęłam go i puściłam się biegiem wzdłuż uliczki. Zatrzymałam się tuż za rogiem i wciągnęłam głęboko powietrze. Chwilę pózniej usłyszałam kroki w oddali. Kellin.

-Możesz mi coś wyjaśnić?- zapytałam zasapana, gdy go dogoniłam. Lecz on nie odpowiedział, dalej kroczył dumnie przed siebie- słuchasz mnie?- dalej brak reakcji.- okej, jak chcesz.
Zawróciłam na przystanek autobusowy i pojechałam najwcześniejszym autobusem do domu.

niedziela, 31 stycznia 2016

Przepraszam za tak długą nieobecność... Szkoła i te sprawy... Jutro postaram się dodać kolejną część ;)

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Incredible cz. 3

-Więc istnieje pewna legenda. Kilkaset lat temu sprowadziło się tu plemię Hoaki, które było napadane przez czarowników. Porywali ich dzieci w celu spuszczania krwi, która była potrzebna im do zaklęć. Nie spodziewali się jednak zagrożenia, które na nich czychało, bowiem przywódca plemienia nie był zwykłym człowiekiem. Potrafił zamieniać się w ogromnego i potężnego wilka. Kiedy pierwszy raz ukazał się wrogom w tej postaci, przerażeni uciekli. Jednak wódz wiedział, że to nie koniec najazdów. Zdolność zmieniania się w bestię przechodziła genetycznie, lecz jej początki ujawniały się dopiero na kilka dni przed uzyskaniem dojrzałości. Postanowił więc przemienić poprzez ugryzienie kilku swych potężnych wojowników, z którymi skutecznie zwalczył wrogów i nastał kres napadom na wioskę.- spojrzał na mnie. 
- I co to ma do rzeczy?- uniosłam ramiona.
- Ile masz lat?
- 17- sprostowałam.
- A urodziny masz...
- Za trzy dni.
- Więc pomyśl. To co Ci powiedziałem...
- Chyba nie chcesz mi wmówić, że jestem jakimś wilkołakiem- wyśmiałam go.
- Czy w ciągu kilku ostatnich dni nie zastanawiałaś się, dlaczego z tak zadziwiającą prędkością goją się twoje rany? U wilków to normalne, tak samo przypływ energii jak i większa siła. 
- Przykro mi to stwierdzić ale nie mam żadnej siły ani energii ani nic co jeszcze powiesz. Musisz skonsultować się z psychiatrą.
- No dobrze, więc nie mam innego wyboru.- myślałam, że mnie posłucha ale on zaczął zdejmować buty.
- Co Ty właściwie robisz?- zapytałam zdziwiona.
- Chcę Ci pokazać.- zaczął zdejmować spodnie.
- Lepiej nic mi nie pokazuj- zakryłam oczy. Co ja tu właściwie jeszcze robię? Odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę, z której przyszliśmy. Wtedy usłyszałam chrząst, odgłos rozrywanych ubrań i ryk. Przerażona zatrzymałam się i powoli odwróciłam. Moim oczom ukazał się ogromny wilk porośnięty lśniącą sierścią. Jego pysk zawisł na wysokości mojego wzroku, a ciemne ślepia wpatrywały się prosto we mnie.




Nie mogłam się ruszyć, wykrztusić ani słowa. Zaczęłam biec, biec najszybciej jak mogłam, choć było to niedorzeczne, bo potwór mógłby dogonić mnie w mgnieniu oka.



Kierowałam się w stronę domu babci. Wbiegłam do środka jak poparzona. Na szczęście nie było nikogo w domu, staruszka miała dzienny dyżur w szpitalu. Pobiegłam do swojego pokoju, zatrzasnęłam za sobą drzwi i zasunęłam zasłony. Powoli uspokajałam oddech. Złapałam się za głowę.

- Co to kurwa było?!- krzyczałam sama do siebie.

Przez dwa dni nie chodziłam do szkoły symulując chorobę. Na całe dnie zostawałam sama w domu. Ani razu nie spoglądałam w stronę sąsiedniego domu. Nadal przed oczyma miałam wizję wielkiego potwora. Na te wspomnienia dostawałam dreszczy.

Schodząc do kuchni usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Niepewnie zatrzymałam się na jednym ze schodów. Przez chwilę stałam nieruchomo, wtedy znów rozległo się pukanie.
- Clary? To ja Kellin. Przeniosłem Ci prace domowe. - Serce zaczęło mi szybciej bić a tętno skończyło diametralnie. Uspokoiłam oddech i powoli zaczęłam oddalać się od drzwi- Przecież wiesz, że Cię słyszę. My wilki mamy bardzo wyostrzone zmysły, pewnie już zdążyłaś to zauważyć.
W tym momencie nie wytrzymałam i coś we mnie pękło. Rzuciłam się w stronę drzwi prawie je wygrywając.
- Wbij sobie do tej tępej głowy, że nie jestem żadnym dziwolągiem a tym bardziej nie jestem taka jak Ty!!- wrzasnęłam głośniej niż zamierzałam.
Pobliski przechodzień spojrzał się na mnie jak na kretynkę. Stwierdziłam, że nie będę robiła scen na werandzie, więc wciągnęłam go za kurtkę do środka trzymając jedną ręką otwarte drzwi.
- Spokojnie.- wyrwał swoje ramię z mojego uscisku.
- Jeżeli jeszcze raz przyjdziesz tutaj albo będziesz za mną łaził..
- Ciszej bo ludzi wystraszysz- przerwał mi i zaśmiał się.
Poczułam jak buzuje we mnie krew. Byłam zła, nie byłam wściekła.
- Przestań mnie uciszać!- wrzasnęłam
- To zamknij te drzwi.- uniósł drwiąco ramiona. Zamknęłam oczy i zmarszyłam brwi, próbowałam się uspokoić. - Drzwi- powiedział bezgłośnie.


Wyobraziłam sobie jak te drzwi uderzają w jego pusty łeb, aż usłyszałam głośny huk. Podskoczyłam z przerażenia i oboje spojrzeliśmy w stronę wyjścia.

- To było dziwne...- stwierdził
- Musisz już iść.- wypchałam go z domu
- Co się dzieje?
- Nic po prostu już idź.- zatrzasnęłam drzwi i przekreciłam w nich zamek.
- Clary dziwnie się zachowujesz... Proszę porozmawiaj... Aaaa!! - Syknął. Spojrzałam na klamkę, która pod moją dłonią zrobiła się cała czerwona. Wbiegłam po schodach na górę i zamknęłam się w swoim pokoju.


- Wszystkiego najlepszego wnusiu! - Wyściskała mnie babcia, gdy wróciła z pracy.- Przepraszam, że nic dla Ciebie nie mam ale o tej porze w cukierni nic nie było oprócz chałwy a wiem jak bardzo jej nie lubisz.

- Nic nie szkodzi. Dziękuję.
- Wybacz kochanie ale muszę się położyć, strasznie rwą mnie plecy.- w odpowiedzi pokiwałam głową.
Wzięłam pierwszą leżąca z brzegu książkę i zasiadłam na kanapie w salonie. Otworzyłam ją na pierwszej stronie i zaczęłam czytać:
"Większość oskarżonych w procesie czarownic mieszkała w pobliżu 'wioski Salem', obecnego Danvers. Wioska Salem obejmowała też Peabody oraz część obecnego Beverly . Middleton, Topsfield ,Wenham i Manchester-by-the-Sea również stanowiły części Salem.
Jednym z najbardziej znanych aspektów Salem jest jego historia zarzutów o czary, która rozpoczęła się z Abigail Williams, Betty Parris i ich znajomych, bawiących się szklaną Venus i jajkami."
Przewróciłam na kolejną stronę czytając z uwagą każde słowo: 
" Wierzono, że czarownice były prawdziwe. Nie było naukowego wyjaśnienia zachowania odbiegającego od normy, więc czary wydawały się być logicznym wytłumaczeniem na wszelkie anomalie behawioralne (obecnie niektórzy eksperci podejrzewają, że mógł to być wynik zatrucia sporyszem, które powodowane jest przez grzyb znajdujący się na ziarnie zboża). Nic nie wywoływało więcej strachu w społeczeństwie purytańskim niż ludzie, którzy wydawali się być opętani przez diabła, więc każdą osobę podejrzaną o uprawianie czarów traktowano jak przestępcę."
- Czyli nasze obecne Danvers to dawne Salem... Miasto.. Czarownic. Czy to możliwe żebym... Niee.. Co ja wygaduję?- kiedy tak mruczyłam pod nosem strony w książce zaczęły same się przewracać.

Upuściłam ją na podłogę i spojrzałam na szklany wazon stojący na stole. Ten niespodziewanie rozbił się a odłamek szkła skaleczył mój policzek. Spojrzałam na zegar, który wybił godzinę 20:00, czas mych urodzin. Wskazówki zaczęły wirować wokół tarczy jak szalone. Zabrałam swój płaszcz i wybiegłam na dwór. Oparłam się o płot, by zaczerpnąć świeżego powietrza a ten zaczął czarnieć pod mym dotykiem. 

Odsunęłam się od niego i zaczęłam uciekać jak najdalej. Tylko od czego? Od siebie? Od tego co właśnie się dzieje? 
Gdy wróciła moja świadomość zdałam sobie sprawę gdzie jestem. Znajdowałam się dokładnie w tym miejscu, gdzie przeprowadził mnie Kellin. Usiadłam na potężnym pniu. Gdy położyłam na nim dłoń, drewno zaczęło się palić. Nie wiedziałam jak to zrobiłam, nie wiedziałam jak to zatrzymać. Więc pozostało mi w głowie tylko jedno słowo:
-Stop!!- krzyknęłam a ogień zgasł. Następnie pomyślałam o mrozie a pień zamienił się w lód.- Chyba zaczynam łapać o co w tym chodzi. 
Muszę dowiedzieć się więcej!- szukałam przydatnych mi książek lecz na marne. Do głowy wpadł mi jeden pomysł. 
- Czym się zajmował ojciec?- weszłam do pokoju staruszki, gdy tylko zapukałam.
- Jak to czym?-zapytała zaskoczona- dobrze wiesz, że był malarzem.
- Tak ale czy nie był.. No wiesz... Trochę inny?
- Fakt, twój ojciec miał trochę dziwne pomysły a nawet czasami wygadywał jakieś głupoty ale tal poza tym był zwyczajny tak jak ja czy Ty..
- Tak..- powiedziałam i wróciłam do swojego pokoju.
Zaczęłam przeszukiwać internet, szukać czegoś przydatnego we wszystkich kątach pokoju aż w końcu poddałam się. 


Usiadłam na podłodze a głowę oparłam o regał z książkami. Wtedy coś mnie w nią uderzyło. Wstałam i spojrzałam na sekretną szufladkę, która ukazała się moim oczom. Wyciągnęłam z niej starą, zakurzoną książkę w twardej, czarnej okładce oplątanej skórzanym sznurkiem. 



Otworzyłam ją na pierwszej stronie 

" Księga cieni Troya Black'a"
- Tak tato. Byłeś bardzo normalny... 

czwartek, 24 grudnia 2015

Incredible cz. 2

Postanowiłam, że położę się dziś wcześniej spać. Zaczynam mieć jakieś urojenia. Pewnie to po długim locie. Jutro wszystko zacznie się od nowa, znowu.
           *****
Dziś w nocy po raz pierwszy od wielu miesięcy miałam bardzo dziwny sen. Przeważał w nim ogień i ciemność, która pochłaniała rozciągający się wokół jeziora las. Gałęzie wirowały pod wpływem wiatru a drzewa upiornie trzeszczały. W oddali widać było płomienie. Skierowałam się w ich stronę, gdy poczułam, że ktoś mi się przygląda. Rozejrzałam się dookoła lecz nikogo nie spostrzegłam. Wtedy coś mocno szapnęło mnie za ramię w tył i z impetem upadłam na wilgotną ziemię.

Przebudziłam się z nierównym oddechem kurczowo zaciskając ręce na bawełnianej pościeli. Kiedy mój oddech stał się umiarkowany a serce znów równomiernie biło spojrzałam na budzik stojący na stoliku nocnym. Zadowolona, że tym razem nie zaspałam, a wręcz przeciwnie, włożyłam na nogi futrzane kapcie i zanurzyłam się pod łóżko w poszukiwaniu kompletu ubrań na dzisiejszy dzień. W sumie nic nowego, jak zawsze przeważała w moich barwach czerń. Zdjęłam piżamę i ukradkiem spojrzałam w okno. Zasłony znów nie były zaciągnięte tak jak je zostawiłam. Ku mojemu zaskoczeniu owy chłopak ponownie się mi przyglądał lecz tym razem nie z ogrodu ale z okna, które znajdowało się kilkadziesiąt centymetrów niżej od mojego. Tym razem widział mnie w samej bieliźnie. Szeroko się do niego uśmiechnęłam, po czym wystawiłam mu środkowy palec i zniknęłam z jego pola widzenia.
- Co za kretyn.- mruknęłam.
Wciągnęłam na siebie czarne jeansy, i czarną, luźną koszulkę na ramiączkach. Do tego założyłam skórę i czarną parę trampek.
Wyciągnęłam z walizki torbę na ramię oraz kilka zeszytów, które najprawdopodobniej będą mi dziś potrzebne i zeszłam do kuchni.
Na stole czekała już na mnie kawa i kilka kanapek z szynką oraz serem. Przywitałam się z babcią i zasiadłam do stołu. Złapałam dwoma palcami szynkę i zarzuciłam ją z kanapek.
- Robisz to dokładnie tak samo jak twój ojciec.- uśmiechnęła się lecz w jej oczach pojawiła się zauważalna łza. Odpowiedziałam jej uśmiechem po czym wręczyła mi plan lekcji i wyjaśniła jak dotrzeć do szkoły.
Pierwsza lekcja: biologia. Jak ja jej nienawidzę! Weszłam do klasy oczywiście spóźniona na co (na moje szczęście) nauczyciel nie zareagował ostro. Zajęłam wolne miejsce na samym końcu przy oknie. Rozejrzałam się po sali. Tak jak myślałam, przypadła mi klasa oszpecających się lalek barbie, kujonów i odludków. Ta ostatnia grupa podobała mi się najbardziej, sama do niej należałam. Na samym końcu mojego rzędu napotkałam brązowe oczy, które się we mnie wpatrywały i gdy dotarło już to do mnie uświadomiłam sobie, że właśnie oto chodzę do jednej klasy z sąsiadem świrem.
- To jakiś żart..- powiedziałam to głośniej niż zamierzałam i oczy wszystkich uczniów jak i prowadzącego nauczyciela skierowały się w moją stronę.
- Nie Panno Black, mówię całkiem poważnie.
- Przepraszam- bąknęłam a nauczyciel powrócił do tematu zajęć, który ani trochę mnie nie obchodził. Lekcja dobiegała końca a ten palant bezustannie wbijał we mnie ślepia. Z całych sił zacisnęłam dłonie w pięści aż poczułam wilgoć. Spojrzałam na ręce, na których paznokcie pozostawały duże rozcięcia. Krew ciekła z ran strumyczkami.
Przerażona zamknęłam dłonie i gdy po chwili je otworzyłam stało się dokładnie to samo co wczorajszego wieczoru. Wszystko zniknęło. Zaczęłam się trzęść. Rozejrzałam się czy nikt na mnie nie patrzy ale jego oczy utkwione były w moich dłoniach.
Nie był przerażony tak ja, nie był zdumiony lecz raczej wyglądał na zadowolonego. Moje męki skrócił rozlegający się dzwonek. Chwytając torbę wyrwałam się z ławki nie zważając na zadawaną przez nauczyciela pracę domową i tak bym jej nie zrobiła.
 
Niespodziewanie chłopak podążył za mną i gdy już znaleźliśmy się dość daleko od budynku szkoły, dobiegł do mnie.
- Widziałem- stwierdził. Spojrzałam się na niego jak na kosmitę- Widziałem to- powtórzył. 
- Nie rozmawiam ze zboczeńcami- zadeklarowałam.- mimowolnie się zaśmiał. 
- Ja zboczeńcem? Przecież to Ty stajesz w negliżu przy oknie. Przyznaj robisz to celowo.
- No pewnie- przewróciłam oczami i przyśpieszyłam. 
- Widzę, że chyba nie szukasz przyjaciół.
- Poważne?- zatrzymałam się i spojrzałam na niego ironicznie.
- Mogę Ci wyjaśnić jak to się stało.- dodał szybko. 
- Ale co?- rzuciłam bez przemyślenia. Jednak nie tylko ja byłam świadkiem tej dziwnej sytuacji. Muszę dowiedzieć się więcej. 
- Twoje dłonie. - Wskazał.- Więc? Może się gdzieś przejdziemy i dokładnie Ci wszystko opowiem?- uniosłam jedną brew- W twoich snach. To nie randka- skorygował. 
- No skoro tak.. Prowadź.
Szliśmy kilkoma uliczkami w ciszy, dopóki nie doszliśmy do lasu. Nie byłam pewna czy powinnam zagłębiać się w niego ze zboczeńcem, który pogląda mnie przez okno ale wiedziałam czego chcę. Musiałam znać prawdę. Stawało się coraz ciemniej a my nadal nie przerywaliśmy marszu. Las zdawał się coraz bardziej przypominać ten z mojego snu. 
- Istnieje pewna legenda...- zaczął niepewnie i usiadł przy palenisku.
- Skoro zaciągnąłeś mnie do lasu żeby opowiedzieć mi jakąś bajeczkę to daruj sobie. 
- Jaka Ty jesteś wredna.- stwierdził fakt.
- No cóż... Patrząc na to wszystko przez pryzmat tego, że codziennie gapisz się w moje okno jak jakiś psychopata..
- Możesz zamknąć dziób i mnie wreszcie wysłuchać?!- krzyknął a ja gestem dałam mu przyzwolenie.- Więc istnieje legenda.....